środa, 18 kwietnia 2012

18. Ściemniacz


Obiad naszykowany. Młodemu pod nos podsunięty zestawik warzyw, który względnie lubi. Ziemniaki, papryka, kukurydza, fasolka, brokuły, inne takie tzw. zdrowe rzeczy, do tego wkrojone plasterki paróweczki, jako że normalnej kiełbaski nie tknie nawet przymierając głodem. Ten się krzywi, przygląda krytycznie talerzykowi, po czym oznajmia z niezadowoleniem:
- Skwarków nie chcę! Nie będę jeść!
- Jakich znów skwarków? - robię wielkie oczy. - Gdzie ty tu, niuniu, skwarki masz???
- O tu, o! - pokazuje palcem.
Pochylam się, patrzę, wiem, że czegoś takiego na pewno nie było.
- To pieczarki są, Danielku – objaśniam cierpliwie. - Przecież lubisz pieczarki.
- To skwarki! Skwarki! Nie będę ich jadł! - upiera się drań i delikatnie, coby przypadkiem choć kawałek na widelczyku nie został, sukcesywnie wybiera poszczególne kawałki grzybów.
- Dobra – kapituluję. - To jedz bez tego...
- Ziemniaczki niedobre – mendzi dalej.
- Jak niedobre? Takie same jak zawsze!
- Niedobre! Niedobre! Nie chcę jeść... Paróweczkę zjem!
- No to jedz, nie gadaj... Jedz, co chcesz... - macham ręką z rezygnacją.
Daniel podchodzi do jedzenia jak pies do jeża, dłubie widelcem w warzywach, przekłada z miejsca na miejsca, z rzadka jedynie podnosząc cokolwiek do buzi.
- Jedz, człowieku, nie módl się nad tym! - powoli tracę cierpliwość. - Patrz, Natalka je, nie wybrzydza, my już zjedliśmy, tylko ty się z tym bawisz nie wiadomo po co...
- Pomożesz mi? - pyta, wznosząc oczy do góry. - Pokarmisz mnie?
- Żartujesz, chłopie??? Cztery lata masz, w przedszkolu jesz sam, a tutaj chcesz, żeby cię karmić? Naprawdę, proszę cię, nie przesadzaj... Masz zdrową rączkę, możesz jeść i jesteś starszy od Natki, która sama wsuwa i nie marudzi.
Daniel ponury wzrok wbija w talerz, usta w podkówkę i dalej grzebie bez celu w talerzu.
- Jak nie chcesz jeść, to i deserku nie będzie – próbuję ostatniej deski ratunku.
- No dobra, to zjem – z miną cierpiętnika syn przełyka jednego ziemniaczka i wybiera pojedyncze kawałki marchewki do pogryzienia. - Nie chcę już. Rączka mi się zmęczyła. Nie mam siły.
I co z takim zrobić? Nie wepchnę przecież obiadu siłą do gardła.
- Nie to nie! - podsumowuję i zabieram mu talerz. - Teraz jemy deser! Chcesz?
- Taaaaaak! - oczy jak spodki, pełne radosnego oczekiwania.
Przynoszę więc z lodówki dwubarwną galaretkę, z górą bitej śmietany, obficie posypaną czekoladą. Młody łapie za swój pucharek i zaczyna wsuwać, aż mu się uszy trzęsą...
- Jakoś tak do tego deserku to pomocy nie potrzebujesz – stwierdzam kąśliwie.
- Nie – zapewnia mnie Daniel, między jednym przełykiem a drugim.
- I rączka ci lata bez przerwy, nie męczy się.
- Mam siłę!
- No tak, synu, mogłem się tego spodziewać. Mogłem się tego spodziewać – mruczę jak mantrę.
Tymczasem Junior, wciągnąwszy swoją porcję w rekordowym czasie, rozgląda się z cwaniackim błyskiem w oku po pokoju.
- Mamo, mamo! - woła. - Mogę pokarmić Natalkę?
Po czym podaje deserek Natalce, skwapliwie oblizując z łyżeczki pozostające na niej resztki.
- Jakoś na deser to miejsce masz – komentuję zgryźliwie.
- Mam!
Ściemniacz, kurczę blade!!!

6 komentarzy:

  1. powiem Ci, że dużo lepiej mi się czytało te notki, w których 1) mniej emocjonalnie podchodziłeś do tematu, 2) mniej zdrabniałeś...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wszystko może być zawsze takie same. Ale... co do emocjonalności to jakoś jej tu nie widzę, ale może to subiektywne wrażenie. Poza tym - sytuacje są różne i różnie się o nich pisze :) To nie jest kronika literacka, gdzie wszystko ma bycspójne.

      Usuń
  2. Dzieci uwielbiają wymyślać i utrudniać tym samym życie rodziców :D Danielkowi udało się to na szóstkę ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie po raz pierwszy i nie ostatni z pewnością...

      Usuń
  3. heheh nie moge sie nadziwic jakie cwaniaczki z tych dzieciakow:))

    OdpowiedzUsuń